Widac na nich znakomicie potężne drzwi zamykające silos.
Miałem jeszcze okazję oglądac obiekt/kompleks w chwilę po zasypaniu podziemnych magazynów przez WP, załapałem się na rozbiórkę koszar...a potem rok później już tylko nędzne resztki...
Niestety, w tamtych czasach nie miałem "cyfry", więc doskwiera mi brak zdjęc. Ale postaram się ściągnąc coś od znajomych
Tymczasem zachęcam Was do poszperania za info na temat tego co tam było
Dołączył: 20 Mar 2006 Posty: 10273 Skąd: Piękny kraj!
Wysłany: Wto 28 Paź, 2008 00:40
Ok, poszukałem w przypływie nocnej weny twórczej kilka słów. Swego czasu jak pamiętam wyszedł nawet jakiś artykuł na temat radzieckiej broni na terenie Polski w PRLu. I to chyba będzie ten (tyle że w wersji elektronicznej). Pozwolę sobie wkleic cały tekst z uwagi na fakt, że tu i ówdzie ślady po nim zaginęły :
Polska miała arsenał broni nuklearnej
Teczka o kryptonimie "Wisła", do której dotarł DZIENNIK, opowiada o jednym z najpilniej strzeżonych sekretów PRL-u . Składa się na nią kilkadziesiąt dokumentów Układu Warszawskiego. Są pierwszym niezbitym dowodem na to, że w naszym kraju znajdowały się sowieckie głowice jądrowe.
"To ważne dokumenty. Do tej pory mówiło się, że broń jądrowa znajdowała się na terytorium Polski. Jednak nie było dokładnych informacji, kiedy i gdzie ją przechowywano" - ocenia historyk prof. Andrzej Paczkowski.
Teczka operacji "Wisła" znalazła się wśród materiałów Układu Warszawskiego odtajnionych w zeszłym roku przez ministra obrony narodowej. Są tam dokumenty, z których po raz pierwszy dowiadujemy się, ile głowic przechowywano na naszym terytorium. Z materiałów wynika także, że w przypadku wojny głowice i bomby jądrowe będą przekazane Ludowemu Wojsku Polskiemu. Wytypowane polskie jednostki rakietowe i lotnicze miały wziąć udział w zmasowanym uderzeniu jądrowym na europejskie państwa NATO.
Wśród materiałów operacji "Wisła", które obecnie znajdują się w IPN, jest porozumienie z 25 lutego 1967 r. zawarte w Moskwie przez ministra obrony PRL Mariana Spychalskiego i ministra obrony narodowej ZSRR marszałka Andrieja Grieczkę. Właśnie ta umowa przewidywała umieszczenie magazynów broni nuklearnej w Polsce. Składy wybudowano w latach 1967 - 1970 w Templewie niedaleko Trzemeszna Lubuskiego, Brzeźnicy-Kolonii koło Jastrowia oraz Podborsku niedaleko Białogardu. Polska sfinansowała budowę, Moskwa miała wyłączne prawo użytkowania magazynów.
Były to prawdziwe twierdze chronione przez jednostki specnazu i zamaskowane tak, że z satelitów wyglądały jak pagórki porośnięte lasem. Każdy kompleks mógł pomieścić 120 żołnierzy oraz 60 oficerów i techników.
Po co Sowieci trzymali głowice w Polsce? Chodziło o to, by broń jądrowa była umieszczona na pozycjach maksymalnie wysuniętych na Zachód, gotowa do natychmiastowego użycia. Opracowano szczegółowe plany, jak również instrukcje przekazywania głowic i bomb jednostkom LWP.
Z dokumentów wynika, że po rozpoczęciu wojny miały one wystrzelić 178 głowic w kierunku celów znajdujących się w Europie Zachodniej. Było pewne, że NATO odpowie kontruderzeniem. Sztabowcy Układu Warszawskiego zakładali, że może w nim zginąć nawet 53 proc. żołnierzy. O stratach wśród ludności cywilnej nie mówiono, jednak odwetowy atak Paktu Północnoatlantyckiego zmieniłby północno-zachodnią Polskę w atomową pustynię.
Tajemnicy strzeżono do końca. Jeszcze w marcu 1990 r. zastępca szefa Sztabu Generalnego i szef zarządu operacyjnego (czyli dowódca frontu polskiego) gen. dyw. Franciszek Puchała przekazywał dokumenty o kryptonimie Wisła swojemu następcy gen. bryg. Marianowi Robełkowi jako największy sekret. O operacji „Wisła” byli poinformowani tylko najważniejsi wojskowi. "Wiedziałem, co znajduje się w tych dokumentach" - potwierdził w rozmowie z nami były szef Sztabu Generalnego gen. Florian Siwicki, szef MON w latach 1983-1990.
W teczce "Wisła" są szczegółowe plany budowy składów broni jądrowej i ich kosztorysy. Zachowały się też upoważnienia do odbioru głowic wydane polskim oficerom przez Sztab Generalny Wojska Polskiego i lista 12 najwyższych rangą wojskowych dopuszczonych do tajemnicy. Wszystkie dokumenty opatrzono gryfem ściśle tajne.
Nieudane ćwiczenia
Wszystko zaczęło się od nieudanych ćwiczeń wojskowych w lutym 1965 r. Ich celem było wypróbowanie transportu broni jądrowej z ZSRR do zachodniej Polski w warunkach wojny. Operacją kierował sam gen. armii Paweł Batow, szef Sztabu Generalnego Armii Radzieckiej, ze strony polskiej zaangażowany był gen. bryg. Tadeusz Hupałowski. Na lotnisko w Debrznie przyleciały 4 radzieckie Su-7b. Do portu w Ustce przypłynął specjalny statek, z którego wyładowano głowice i przetransportowano na poligon w Drawsku oraz na lotnisko w Słupsku. Głowice transportowano także koleją z Brześcia na poligon w Bornem-Sulinowie, a nawet samochodami.
Pokaz gotowych do odpalenia rakiet operacyjno-taktycznych i taktycznych odbył się 26 lutego 1965 r. w Karwicach na terenie poligonu drawskiego, w obecności ponad 100 wyższych rangą oficerów polskich.
Nikt nie był zadowolony. System zawiódł: Były opóźnienia, a co gorsze rakiety podczas transportu były wyjątkowo łatwym celem dla przeciwnika. Tymczasem wojska rakietowe miały być gotowe do działania niemal natychmiast. Pozostawało więc tylko jedno wyjście. W Polsce musiały powstać składy głowic i bomb jądrowych. Konieczność wynikała z polityki Układu Warszawskiego, który przygotowywał się potajemnie do inwazji na Europę Zachodnią.
"Wszystkie ćwiczenia wojskowe Układu Warszawskiego, narady i plany dotyczyły jednego: w jak najkrótszym czasie podbić Europę" - podkreśla w rozmowie z DZIENNIKIEM admirał Ralph Reed, wiceszef US Navy za czasów prezydentury Jimmy Cartera i Ronalda Reagana.
Tajne porozumienie
Rok 1967 był rokiem złych wróżb. Związek Sowiecki wydawał niemal 2/3 swojego budżetu na zbrojenia. Moskwa przeprowadziła kolejny udany test unowocześnionej broni nuklearnej przygotowywanej do wyrzutni kosmicznych. Stało się to niemal dokładnie wtedy, gdy jej przedstawiciele ratyfikowali w Wiedniu kolejne porozumienia z Wielką Brytanią i krajami zachodnimi o pokojowym zagospodarowaniu przestrzeni kosmicznej.
W tym też roku zapadła decyzja, która stała się wyrokiem dla mieszkańców Polski. Przygotowania do umieszczenia broni jądrowej na terenie Polski zaczęły się jeszcze w 1966 r. Jednak formalne porozumienie międzyrządowe o "środkach podjętych w zakresie podwyższenia gotowości bojowej wojsk" zawarto w Moskwie 25 lutego 1967 roku. Podpisali je minister Obrony PRL Marian Spychalski i minister obrony narodowej ZSRR marszałek Andriej Grieczko.
Dokument mówił, że do połowy 1969 r. zostaną wybudowane trzy obiekty w rejonach Białogardu, Wałcza i Wędrzyna, w których będzie przechowywana amunicja jądrowa. Szefowie LWP oddali wielką przysługę Moskwie, która planując III wojnę światową, nie miała możliwości zbudowania takich magazynów w innych, ważnych strategicznie, częściach Europy.
"Trzeba pamiętać, że w tym czasie nie było jeszcze sowieckich wojsk w Czechosłowacji. Weszli tam dopiero po inwazji w 1968 roku" - podkreśla prof. Andrzej Paczkowski.
Na konsekwencje decyzji nie trzeba było czekać zbyt długo.
"Wasz kraj stał się celem pocisków atomowych NATO. Z chwilą sowieckiej inwazji na Zachód miały one spaść na terytorium Polski Zachodniej i Środkowej, by zniszczyć ewentualne obiekty jądrowe i powstrzymać marsz wojsk sowieckich" - tłumaczy DZIENNIKOWI gen. William Odom, szef wywiadu wojskowego Stanów Zjednoczonych, w czasach prezydentury Reagana.
Sowieckie magazyny
Budowa tajnych magazynów zaczęła się jeszcze w 1967 r. Zaprojektowali je Sowieci i oni dostarczyli wyposażenie. Jednak to Polska płaciła za wszystko -w sumie 180 mln złotych. Budowę prowadziły jednostki WP m.in. z Piły -pod oficjalną przykrywką, że konstruują tajne obiekty dla wojsk łączności.
Obiekty wybudowano w latach 1967 -1970: w Templewie niedaleko Trzemeszna Lubuskiego (Obiekt 3003), Brzeźnicy-Kolonii koło Jastrowia (Obiekt 3002) oraz Podborsku niedaleko Białogardu (Obiekt 3001). Polscy inżynierowie wojskowi zakończyli prace 30 stycznia 1970 r. Zachowały się trzy protokoły państwowej komisji odbioru i przekazania do eksploatacji zakończonej budowy. Potem obiekty przejęli Sowieci.
Każdy z kompleksów przypominał twierdzę. Mógł pomieścić 120 żołnierzy, 60 oficerw i techników. Na ich terenie znajdowały się po dwa składy "materiałów wybuchowych i środków detonujących", budynki administracyjne i koszarowe oraz garaże i magazyny paliw.
"Każdej bazy chroniła jednostka Specnazu" - opowiada chcący zachować anonimowość oficer Armii Czerwonej, który dowodził bazą w Templewie. "Z satelitów teren wyglądał jak pagórki porośnięte lasem, a na spadochroniarzy była zastawiona przez nas pułapka w postaci rzędów metalowych słupów, które uniemożliwiały im bezpieczne lądowanie" - podkreśla.
Całość była otoczona potrójnym drutem kolczastym podłączonym do wysokiego napięcia. Drogi asfaltowe i betonowe przykrywała z góry siatka maskująca. Do dziś zachowały się podtrzymujące je resztki metalowych pierścieni.
"Broniło ich kilkanaście lekkich schronów z bronią maszynową i mur ze strzelnicami" - opowiada historyk Janusz Molke, badacz zajmujący się fortyfikacjami wojennymi. Molke był w Templewie w latach 90., ale nie wiedział wtedy, do czego służyły bunkry.
Wnętrza magazynów z bronią nuklearną strzegły cztery pary stalowych drzwi o grubości pół metra, otwierane były za pomocą mechanizmu hydraulicznego i silników. Do budowy pomieszczeń użyto żelazobetonu. Wszystkie sale wyposażone były w mierniki promieniowania, tzw. liczniki Geigera.
Uderzenie na Zachód
W połowie lat 80. w magazynach tych znajdowało się 178 ładunków jądrowych (po około 60 w każdym), z tego 14 głowic o mocy 500 kt, 35 o mocy 200 kt, 83 o mocy 10 kt, a ponadto 2 bomby lotnicze o mocy 200 kt, 24 o mocy 15 kt i 10 o mocy 0,5 kt. Dla porównania, bomba zrzucona na Hiroszimę w 1945 r. miała moc 15 kt.
W przypadku wojny miały być one wydane polskim jednostkom.
"Polskie wojska rakietowe miały ostrzeliwać bronią jądrową Zachód w czasie inwazji Układu Warszawskiego. Proszę pamiętać, że w doktrynie Układu Warszawskiego do połowy lat 80., do czasu dojścia do władzy Gorbaczowa, nie przewidywano żadnych operacji wycofywania. Należało iść tylko na przód" - podkreśla historyk prof. Andrzej Paczkowski.
Głowice miały trafić m.in. do brygad artylerii wyposażonych w rakiety operacyjno-taktyczne (także Scoud). Te jedne z najtajniejszych jednostek stacjonowały w Orzyszu, Choszcznie, Biedrusku i Bolesławcu. Ładunki jądrowe miały być dostarczone także do wojsk lotniczych.
DZIENNIKdotarł do dokumentu: "Schema wedenija WP prokazow wydaczy jadernych bojepripasow razblokirowki i primenenije jadrnogo orużja". Opisuje on tryb wydawania przez sztab generalny ZSRR głowic jądrowych Polakom i kody zezwalające na ich użycie.
Według planów z połowy lat 70. zmasowany atak jądrowy na kraje NATO miał trwać około godziny. W tym czasie polskie jednostki miały użyć 131 ładunków jądrowych: w tym 100 rakiet (36 operacyjno-taktycznych o zasięgu do 300 km i 64 taktycznych o zasięgu do 65 km ), a także i 31 atomowych bomb lotniczych. Po tym "wstępie" do szarży miały przystąpić wojska pancerne.
Liczono się także z ogromnymi stratami własnymi. Zachód musiał bowiem odpowiedzieć kontruderzeniem jądrowym. Z opracowań z początku lat 70. wynika, że straty wojsk ZSRR i sojuszników mogły sięgnąć 53 procent. O ludności cywilnej nie mówiono, ale wiadomo, że większość NATO-owskich rakiet miała spaść właśnie na Polskę.
"To był jedyny sposób, by powstrzymać inwazję Sowiecką. Po Polsce zostałby rów atomowy" - mówi nam generał Odom.
Sekret do końca
Przez całe lata władze państwowe PRL twierdziły, że broni atomowej na terenie Polski nie ma. "Co więcej, Polska co jakiś czas zgłaszała na forum międzynarodowym inicjatywę denuklearyzacji, domagając się likwidacji baz wojskowych z bronią jądrową na terenie zachodnich Niemiec" - przypomina prof. Paczkowski. "Podkreślano zawsze, że Polska jest czysta".
Pierwszy raz o głowicach jądrowych na terenie Polski mówił dowódca Północnej Grupy Wojsk ZSRR gen. Wiktor Dubynin. Rok później potwierdzał to rzecznik polskiego. Problem w tym, że do tej pory nie było żadnych szczegółowych dokumentów potwierdzających te słowa. Teczka "Wisła" nie tylko potwierdza fakt składowania ładunków jądrowych na terenie Polski, ale wskazuje liczb głowic i dokładnie określa, gdzie je trzymano. Są w niej także szczegółowe procedury przekazywania ładunków jądrowych Ludowemu Wojsku Polskiemu.
W PRL-u tylko 12 polskich najwyższych wojskowych wiedziało o tajnej operacji "Wisła". Do dziś były szef Sztabu Generalnego gen. Florian Siwicki jest oszczędny w słowach: "Wiedziałem o tym, co znajduje się w dokumentach tej operacji" - powiedział DZIENNIKOWI. Innych komentarzy odmówił.
Dołączył: 20 Mar 2006 Posty: 10273 Skąd: Piękny kraj!
Wysłany: Wto 28 Paź, 2008 14:45
No cóż... nie mi z tym polemizować. To wena autorów tekstu i materiałów na podstawie których go napisali. Najważniejsze dla nas - z mojego punktu widzenia - są wymienione miejsca/bazy. W każdym bądź razie, tekst jest ciekawy m.in. z tego względu, że podjął w tamtym okresie zagadnienie całkowicie pomijane przez media.
Powinienem gdzieś mieć nagrany materiał z TV na ten temat. Powstał chyba równolegle z tym artykułem.
Nie wiem jak dzisiaj z tą tematyką w mediach. Jeśli ktoś coś ma "w temacie", to nich wrzuci.
" Podobno "amerykańskie eksterytorialne enklawy", jakich jakoby domagają się od Polski Amerykanie w związku z tarczą przeciwrakietową, mają wyrwać polską ziemię spod polskich nóg i zamienić Polskę w ziemię niczyją. A to łajdacy z tych Jankesów! Ale zaraz, zaraz... To przecież nie jest nic nowego. Mamy nawet precedens. Zapraszam komentatorów tej samej orientacji co pan Pedro, aby zechcieli równie pryncypialnie skomentować stan polskiej suwerenności terytorialnej w latach 1970-1990 nad obiektami wojskowymi położonymi w:
- okolicy przysiółka Templewo nad jeziorem Buszno k/Sulęcina,
- okolicy wsi Brzeźnica-Kolonia k/ Bornego-Sulinowa,
- okolicy Podborska k/Białogardu,
czyli trzema magazynami radzieckiej broni jądrowej, zbudowanymi w Polsce do wyłącznego użytku Armii Radzieckiej w latach 1969-70. Głowice jądrowe wycofano z nich dopiero w 1990 roku. NATO prawdopodobnie znało położenie tych magazynów z raportów płk. Kuklińskiego, a także z powodu praktycznej niemożności ukrycia płytkich obiektów podziemnych przed wielospektralnym rozpoznaniem satelitarnym. Jeśli wiedzieli, gdzie te obiekty są, to graniczy z pewnością przypuszczenie, że radzieckie magazyny amunicji jądrowej w Polsce zostałyby zniszczone przez NATO w pierwszych minutach ewentualnej wojny, bądź nawet stałyby się celami wyprzedzającego ataku nuklearnego, z wielomegatonowym skutkiem dla okolicy.
Dzięki ciekawej polskiej młodzieży, zdjęcia wnętrz dwóch pierwszych obiektów można bez większego kłopotu znaleźć w sieci. Duża podziemna hala z zamontowaną na stalowej szynie solidną elektryczną wciagarką u sufitu. Boczne nawy z otworami w podłodze po zdemontowanych stalowych półkach, na których stały pojemniki z głowicami. Podjazdy do głównego bunkra dla samobieżnych wyrzutni rakietowych, ponumerowane od 1 do 4. Podziemne agregaty prądotwórcze, rozdzielnia elektryczna, wentylacja, filtry, podnośniki, windy. Białe ściany, w głównej hali ciemnożółta podłoga.. W bocznych nawach, tam gdzie przechowywano głowice, podłoga czerwonawa, być może kiedyś pomalowana na czerwony kolor ostrzegawczy. Drzwi i portale obrysowane czarno-żółtą jodełką, żeby ktoś czasem nie zawadził głowicą na podnośniku o betonową framugę. Drabiny do włazów awaryjnych z napisami cyrylicą "Zdzies' wyliezaj". Zamaskowane, przykryte ziemią garaże dla samobieżnych wyrzutni czekających na swoją kolej.
Do środka dziś już się wejść niestety nie da, bo pod koniec 2005 roku wejścia do podziemnych hal wojsko zasypało ziemią przy użyciu spychaczy. Nominalnie z troski, by ktoś sobie nogi tam nie zlamał, a faktycznie dlatego, że wychowana w PRL generalicja jest niezwykle łechczywa, gdy jej przypomnieć jak w postawie "ruki pa szwam" wprowadzała do Polski, na rosyjski rozkaz, rosyjską broń nuklearną. Te trzy obiekty samym swoim istnieniem całkowicie unicestwiają kłamstwo, w myśl którego Ludowe Wojsko Polskie miało być polskim wojskiem, działającym w interesie Polski pod polskimi rozkazami. Są milczącym dowodem egzystencji polskiego bantustanu, skolonizowanego przez ZSRR i administrowanego przez polskich kolaborantów. Istnienie tych składów broni jądrowej jest bardzo nie na rękę zwolennikom teorii suwerenności PRL i polskim kawalerom Orderu Lenina.
Dowody więc na wszelki wypadek progrzebano, z nadzieją że pójdą w zapomnienie, a że magazyny w ogóle znajdują się na odludziu, więc jest tak, jakby ich nigdy nie było. Możnaby co prawda te obiekty odrestaurować, odmalować według oryginalnych planów z archiwów MON, doprowadzić prąd, wkręcić nowe żarówki, postawić w bocznych nawach realistyczne ćwiczebne makiety radzieckich głowic jądrowych, które wiemy jak wyglądają, bo parę egzemplarzy zostało na wyposażeniu wojsk rakietowych, i wozić do tych ponurych składów turystów i wycieczki szkolne w ramach zajęć z historii. Ale tego przecież nikt nie zrobi, bo to całkiem nie pasuje do legendy o PRL jako suwerennej Polsce.
Wedle tej legendy, wykształceni w Moskwie pułkownikowie i generałowie, wówczas członkowie PZPR, dziś bezpartyjni fachowcy albo zamożni emeryci, byli od zawsze ofiarnymi profesjonalistami, polskimi patriotami, nieledwie strażnikami polskiej suwerenności w trudnych czasach komunizmu. Prawie tak samo jak WSI. Albo tak jak były prezydent Kwaśniewski, dawniejszy komunistyczny minister i aktywista PZPR, który tryumfalnie opowiada teraz w pierwszej osobie liczby mnogiej, na wykładach w USA, o tym, jak to MY obaliliśMY komunizm.
Według dokumentów MON z archiwów IPN, budowę trzech obiektów sfinansowała Polska, a przechowywano tam 178 taktycznych ładunków jądrowych. Co do liczby i rodzaju ładunków, do wójta nie pójdziemy. Całkowicie identyczny technicznie z magazynami w Polsce, zbudowany według tych samych planów i zachowany w kwitnącym stanie obiekt w Stolzenhain, na terytorium b. NRD, ma podziemne hale magazynowe na czterysta 100-kilotonowych głowic do radzieckich pocisków rakietowych. Może tych radzieckich głowic w PRL było tylko 178, a może w porywach aż do 1200. Może były tylko taktyczne, a może większe, strategiczne. Ale co tam, było, minęło, wojna jakoś nie wybuchła, a zreszta cóż tanm głupie parę megaton między przyjaciółmi.
Rozumiem, że tamte głowice i tamte rakiety orientacja prorosyjska w Polsce wspaniałomyślnie swojemu Wielkiemu Bratu już wybaczyła, bo po pierwsze to było dawno i nieprawda, po drugie każde dziecko w PRL wiedziało, że tylko amerykańskie rakiety są zabójcze, a rakiety radzieckie są 'miroljubiwe' czyli kochające pokój, zaś po trzecie Rosjanie to przecie nasi słowiańscy bracia i jako tacy zawsze chcą dla Polski jak najlepiej. A może się mylę i zawodzi mnie pamięć? Może w latach 1989-90, bezpośrednio po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, ani na chwilę nie ustawały uliczne manifestacje członków młodzieżówki PZPR, domagających się natychmiastowego wycofania z Polski radzieckiej broni jądrowej? W takim razie zwracam honor.
Krótko i węzłowato:
jak się leży na równinach, i chce się posiadać i utrzymać sojusze z możnymi tego świata, to się ponosi koszty, w tym i takie. Kiedy się ma takie jak Polska położenie geograficzne, mrzonki o posiadaniu wolnego wyboru w przedmiocie zawierania lub nie zawierania sojuszy pozostają na zawsze mrzonkami. Nie da się jednocześnie ciasteczka zjeść i dalej je na talerzyku mieć, udanych dzieci się dorobić, ale dziewictwo w nietkniętym stanie zachować. Rozmaite są stopnie autonomii, ale takiej rzeczy jak całkowicie niezależna polska polityka geostrategiczna nie ma, nigdy nie było, i nigdy nie będzie, z przyczyn od Polski całkowicie niezależnych. W tej części Europy, polska polityka "a ja sobie stoję w kole i wybieram kogo wolę" - lub w ogóle "pozostaję neutralny i wszyscy przynoszą mi za to kwiaty i prezenty" - może istnieć tylko między uszami niedouczonych aktywistów.
Zatem zamiast zwalczać tarczę przeciwrakietową tak, jak poprzednie pokolenie leninowskich "pożytecznych idiotów" zwalczało w latach 80-tych bombę neutronową, a potem amerykańskie pociski Pershing i Tomahawk, za to, że się ośmieliły zlikwidować miażdżącą przewagę ZSRR w Europie, być może lepiej skoncentrować na tym, co możliwe.
Na przykład, na uzyskaniu od USA lepszej rekompensaty za eksterytorialną bazę antyrakietową niż ta, jaką PRL otrzymała od ZSRR za równie eksterytorialne składy broni jądrowej. Dziś USA pytają publicznie, czy Polska się zgadza na bazę. Jak Polska się nie zgodzi, to wybudują gdzie indziej. Trzydzieści siedem lat temu, Rosjanie kazali Polakom wybudować składy rosyjskiej broni atomowej na własny koszt, posprzątać po sobie, oddać klucze, wynieść się za bramę i zamknąć mordę.
Tu baza, i tu baza, a jednak nie całkiem to samo. Mała rzecz, a cieszy."
"Głowice: 14 x 500kt, 35 x 200kt, 83 x 10kt, razem 14830 kiloton.
Bomby: 2 x 200kt, 24 x15kt, 10 x 0,5kt, razem 765 kiloton.
Łącznie 15595 kiloton, piętnaście i pół megatony.
Pięć razy więcej niż całość amunicji i materiałów wybuchowych zużytych w II Wojnie Światowej.
12 czerwca 1969 roku Polska Rzeczpospolita Ludowa ratyfikowała traktat o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (Nuclear Non Proliferation Treaty).
Artykuł II NNPT: "Każde z państw stron nie posiadających własnej broni jądrowej (non-nuclear-weapon State Party) zobowiązuje się nie przyjmować z jakiegokolwiek źródła broni jądrowej ani innych jądrowych środków wybuchowych."
Dobitnie pokazując, gdzie Polska ma jakieś tam traktaty, dnia 30 stycznia 1970 roku przekazano do użytku Armii Radzieckiej składy amunicji jądrowej w Templewie, Brzeźnicy-Kolonii i Podborsku, wybudowane na własny koszt przez Polskę na podstawie porozumienia ministrów obrony PRL i ZSRR z dnia 25 lutego 1967 roku.
Nie było żadnych wątpliwości co do przeznaczenia tych obiektów, porozumienie wykłada kawę na ławę: "Złożenia amunicji jądrowej i rozmieszczenia jednostek wojskowych przeznaczonych do ich utrzymania i przygotowania dokonuje strona radziecka po przyjęciu gotowych obiektów przez komisję mieszaną."
No to teraz albo, albo:
- albo PRL była suwerenna i z premedytacją zlamała NNPT, a III/IV RP ponosi za to odpowiedzialność polityczną jako spadkobierca PRL;
- albo PRL była niesuwerenną kolonią ZSRR, zarządzaną przez polskich kolaborantów; wówczas suwerenna RP nie jest spadkobiercą niesuwerennego bantustanu, nie ponosi winy ani odpowiedzialności za zlamanie NNPT, musi jednak wyciągnąć konsekwencje w stosunku do winnych zlamania traktatu i odciąć się od praktyk PRL.
W pierwszym wypadku, obecna i przyszła wiarygodność traktatowa RP jest zerowa, ponieważ o ile RP, jako spadkobierca PRL, jest odpowiedzialna za złamanie NNPT, to nie można wierzyć, że kiedykolwiek wypełni jakiekolwiek podjęte przez siebie międzynarodowe zobowiązania traktatowe.
W drugim wypadku, RP zachowuje pełną wiarygodność traktatową, ale jest zobowiązana do osądzenia i ukarania osób biorących udział w związku przestępczym zawiązanym w celu popełnienia zbrodni ludobójstwa i użycia broni masowej zagłady, czyli wszystkich osób zaangażowanych w plan "Wisła 2010", poczynając od generałów Jaruzelskiego, Siwickiego i Tuczapskiego."
szukalem przed chwila na podcastingu Polskiego Radia Pr.III reportazu o dawnej bazie rakietowej w Polsce...i opowiesci faceta ktory wiedział co w trawie piszczy...ale niestety nie ma:(
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach